Czuwaj!






Witaj na stronie 5 Krakowskiej Drużyny Wędrowniczek Virga. Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na temat naszej działalności, dobrze trafiłeś/aś! Serdecznie zapraszamy do przeglądania. 

11 Listopada

2016-01-03 15:20:43

 

Tym razem nasza relacja wygląda trochę inaczej niż zwykle – część druhen zgodziła się stworzyć własny, subiektywny opis z tego dnia. Indżojcie! :)

 

Marysia:

 

Jedenasty listopada to dzień, w którym Józef Piłsudski dostał władzę wojskową od Rady Regencyjnej. Ta data jest symbolicznie uznawana za dzień odzyskania przez Polskę niepodległości.

Rano cała Małopolska Chorągiew Harcerek zebrała się na Mszy Świętej w kościele św. Anny. Następnie wspólnie hufcami przemaszerowałyśmy na apel, który odbył się na placu Szczepańskim. Podczas apelu Virga otrzymała miano drużyny czerwonego płomienia.

W godzinach południowych pojechałyśmy drużyną na fort Barycz, gdzie miałyśmy małe szkolenia. Najpierw dowiedziałyśmy się trochę o początkach skautingu i jego głównych założeniach. Potem odbyła się musztra. Tym razem nie obyło się bez robienia pompek (nad figurą trzeba pracować całe życie ;)). Po musztrze miałyśmy chwilę przerwy na gorącą herbatę i małe co nie co. Na kolejną część szkolenia dostałyśmy mundury moro, które użyczyli nam druhowie z Orkanu oraz zrobiłyśmy „profesjonalny” kamuflaż twarzy. Razem wyszłyśmy w ciemny las, aby tam uczyć się sztuki skradania, chociaż w naszym wykonaniu nie wyszła ona najlepiej. Części z nas jednak prawie udało się podejść druhów z Orkanu. Po tej małej zabawie nadszedł czas na szkolenie z bronią. Dowiedziałyśmy się o rodzajach, obsłudze i porządnej postawie podczas strzelania. Po tym małym przygotowaniu znowu przeszłyśmy do praktyk, gdzie nauczyłyśmy się formacji, która pozwoliła nam zabezpieczyć cały obszar wokół nas tak, że nic nie było wstanie umknąć naszej uwadze.

 

Aga M.:

 

Gdy weszłam na zbiórkę...

 

– Cześć chłopaki, gdzie moja drużyna?

– Minęłaś je, mają przed fortem zajęcia z maskowania.

– Jak to?! Nigdzie ich...

...

...

... zdolne dziewcznyny ;)

 

Aga G.:

 

11 listopada był wyjątkowym dniem, całkowicie oderwanym od szkolnej rutyny. Na początku uczestniczyłyśmy w mszy świętej w kościele św. Anny, następnie udałyśmy się na Plac Szczepański, gdzie odbył się apel chorągwi. Virga jest teraz drużyną czerwonego płomienia!

Po apelu pojechałyśmy na fort Barycz. Mogłyśmy sobie przypomnieć jakie były początku harcerstwa i o co tak naprawdę w nim chodzi. Z pomocą Pawła po raz pierwszy przeprowadziłam musztrę dla dziewczyn. Spodobało mi się to, chociaż na początku nie było łatwo. Wcześniej sprawdzaliśmy jeszcze umundurowanie i okazało się, że prawie wszystkim trzeba było coś odpruwać, włącznie z moimi naszywkami...

Pózniej Paweł pokazał nam, ile rzeczy chłopaki noszą na sobie na co dzień. Mogłyśmy je przymierzyć i przekonać się, że nie są takie lekkie. Moim zdaniem najciekawsza część zbiórki była wtedy, gdy ubrałyśmy mundury polowe chłopaków, pomalowałyśmy twarze na zielono i czarno i ruszyłyśmy do lasu. Grałyśmy tam w trudniejszą wersję „raz dwa trzy, Baba Jaga patrzy”. Dawid i Paweł stali na wzgórzu i mówili na zmianę „nie paczę” – wtedy musiałyśmy skradać się w ich stronę – i „paczę”– wtedy trzeba było skryć się i znieruchomieć, żeby nas nie zobaczyli. Ci, których zobaczyli byli wysyłani na sam początek. Mnie udało się dopiero za piątym razem, ale ważne, że w ogóle tam doszłam! Niektóre dziewczyny chyba zasnęły gdzieś pod drzewem.

Podsumowując, było wspaniale, tego było nam trzeba!

 

Ula:

 

Las był cichy i ciemny. Ręce na tle liści wydawały się trupio jasne – mocno odcinały się od panującego mroku. Ścisnęłam je w pięści i niezgrabnie wsunęłam w rękawy za dużej bluzy mundurowej.

Przelotnie mnie zastanowiło, czy przypadkiem ten drobny ruch nie zwróci uwagi dwóch orkanowców stojących na drodze, ale... Nawet, jeśli... Najwyżej mnie odeślą do tyłu. Zresztą, wcale mi nie zależało na podkradnięciu się do nich. Atmosfera lasu była zbyt kusząca.

Skuliłam się pod drzewem, zza którego – przynajmniej taką miałam nadzieję – nie było mnie widać i zamknęłam oczy. Dźwięki czołgających się dziewczyn, szum liści i głośne okrzyki „Uwaga!” (a potem: „Paczam!”) nagle wydały się czymś odległym, nierealnym i nieistotnym.

Chciałam, jakkolwiek głupio by to nie zabrzmiało, stać się częścią lasu. Chciałam poczuć swoją małość wobec ogólnie pojętych sił przyrody. Wchłonąć ten niesamowity moment, czuć go wszystkimi zmysłami. Zapamiętać najlepiej, jak się da, aby potem móc go odtworzyć.

Pierwszy był zapach, z całą jego ostrością i bogactwem. Pachniały liście, pachniała ziemia, pachniała wilgoć. Zimne powietrze też miało swój zapach, z rodzaju tych, których nie da się opisać i nie da się zapomnieć. A w tym wszystkim czuć było jeszcze jesień i noc. Noc przede wszystkim (prawda, że nocą wszystko inaczej pachnie?).

Potem poczułam, że coś mi pełznie po ręce. Boję się robactwa, wiem. Ale wtedy, w tamtym momencie, robaczek na ręce wydawał mi się naturalny i wręcz nieodzowny. Wspaniałe świadectwo, że las żył, niezależnie od nas. Jako przedstawiciel gatunku ludzkiego (lub, w każdym razie, jako istota humanoidalna) poczułam się jak mała, nic nieznacząca cząstka Ogromu. Błoga niemoc, błogi brak znaczenia. Miła odmiana po nieustającym „wszystko zależy od ciebie!!!!11oneone!!!1”.

Las był cichy i ciemny. Nie chciałam się ruszać, nie chciałam stamtąd wracać. Ręce schowane w rękawach przestały burzyć szaro-czarną harmonię bezczelną, jasną plamą.

« Powrót
Kreator www - przetestuj za darmo